Numer 1. Numer 2. Numer 3. Numer 4. Numer 5.

Numer piąty.
Zaletą miniserii, doprowadzoną tutaj do logicznego finału, jest to, że Hastings nigdy moralnie nie oczyścił Piekielnej Sonji. Jej starcie z Asmodeusem nie jest starciem dobrego i złego, a raczej złego i mniej złego. Jednakże scenarzysta równocześnie przypomina nam, że jej funkcja jest kluczowa dla przetrwania multiwersum, które pod rządami Asmodeusa najpewniej by się rozpadło. To znacząco upraszcza obraz rywalizacji, gdyż niezależnie od moralności postaci komiks wyraźnie wskazuje nam, komu mamy kibicować; w rozstrzygnięciu konfliktu brak więc większej przewrotności czy igrania z oczekiwaniami czytelnika.
Piekielna Sonja potrafi również wykorzystać kontrolowany przez siebie system do ponownego odrodzenia dusz w innych rzeczywistościach. Hastings daje tym samym swoiste diegetyczne uzasadnienie Sonjawersum: Czerwona Sonja może umrzeć w jednym świecie, po czym narodzić się w kolejnej Hyrkanii, stając się nie tyle jedną nieśmiertelną osobą, ile powracającym archetypem. Dopóki Piekielna Sonja stoi u sterów systemu, kolejne warianty Sonji mogą więc nadal pojawiać się w multiwersum.
Finał miniserii prowadzi do mieszanych odczuć. Z jednej strony zawiera ciekawy, niemal lovecraftowski pomysł na kosmiczny horror i prezentuje się atrakcyjnie wizualnie. Z drugiej, stanowi ogromne deus ex machina, pozostawiający czytelnika pozbawionego satysfakcji. Na domiar złego, zaraz po nim Hastings wraca do głupkowatego humoru. Na szczęście zawarł też swoisty epilog, którego nie będę tu nikomu zdradzał. Dotyczy on losów Czerwonej Sonji – a właściwie jej archetypu – i jest moralnie niejednoznaczny, nieco smutny, nieco cyniczny. Ale nawet tutaj scenarzysta nie potrafi powstrzymać się przed żartem rozbrajającym ładunek dramatyczny.
Rysunki
Numer piąty jest nieco gorszy wizualnie od poprzednich. Powodem jest zmiana rysownika. Wbrew informacjom z oficjalnej strony Dynamite, autorem ilustracji był Andres Labrada, zastępujący na tej pozycji Qualano. Jego rysunki są niestety mniej dopracowane, szczególnie jeśli chodzi o twarze i anatomię postaci. Całość sprawia wrażenie, jakby komiks był tworzony w pośpiechu. Kolory – nałożone przez Ellie Wright – znacząco jednak pomagają. Zwłaszcza różowo-fioletowe multiwersum mocno odcina się od piekielnych pomarańczy i czerwieni wcześniejszych scen.
Ocena miniserii: 7/10



