
Jennifer Blood #1-6
(Dynamite Entertainment, luty-listopad 2011)
Scenariusz: Garth Ennis
Rysunki: Adriano Batista (#1-2), Adriano Batista i Marcos Marz (#3), Marcos Marz i Kewber Baal (#4), Kewber Baal (#5-6)
Kolory: Romulo Fajardo Jr. (#1–4), Inlight Studios (#5–6)
Liternictwo: Rob Steen (#1–6)
- Numer 1.: War Journal
- Numer 2.: My Heart Will Go On
- Numer 3.: Born to Run
- Numer 4.: Three Little Girls From School Are We
- Numer 5.: Dogfight
- Numer 6.: Just To Watch Him Die
Jennifer Blood
#1: War Journal
Komiks Jennifer Blood, promowany medialnie jako „Punisher z przedmieścia”, powstał w czasie, gdy Garth Ennis tworzył coraz mroczniejsze historie na łamach Crossed, Battlefields, The Boys czy Wormwood. Według jego własnych słów, poczuł wtedy ochotę napisania makabrycznej, czarnej jak smoła, brutalnej komedii. Punktem wyjścia serii jest zatem bardziej absurd i przemoc niż rozważania etyczne na jakikolwiek temat.
Tytuł pierwszego numeru jest oczywiście pierwszym dużym żartem. War journal to jedno z pojęć najmocniej związanych z Punisherem, a nawet tytuł wieloletniej serii Marvela. Ennis, po swoich słynnych pracach z Frankiem Castlem, bierze więc męski archetyp komiksowego mściciela i wkłada jego „dziennik wojenny” do fioletowo-różowego pamiętnika z motylkami. Ów pamiętnik jest zresztą jedną z głównych narzędzi narracyjnych komiksu. Jennifer pisze w nim o najróżniejszych aspektach swojego życia: o źle wypranej bluzce, o ekologicznych środkach czystości, o szkolnych obowiązkach dzieci, o kolacji, o zakupie amunicji i o rozczłonkowywaniu ludzi. O wszystkim zaś w tym samym tonie, natychmiast zdradzając, że nawet ekstremalna przemoc jest dla niej chlebem powszednim.
Jej podejście do przemocy podkreśla również powtarzane przez nią westchnienie honestly, wskazujące na drobne irytacje, jak zauważenie plamy na suficie czy nieumiejętne wypatroszenie komuś wnętrzności. Jej zachowanie jest równocześnie groteskowe i czarno-komediowe, ale też dość makabryczne. Wskazuje, że mamy do czynienia z osobą o traktującą nawet skrajną brutalność z obojętnością, co jest istotne, gdyż Jennifer Blood to nie tylko opowieść o bestialskiej morderczyni.
To również opowieść o kobiecie próbującej połączyć pracę (tutaj: zabijanie gangsterów) z obowiązkami domowymi, dziećmi i małżeństwem. Pierwsze sześć numerów serii – czyli cały run Ennisa – zostało zebranych w zbiorze A Woman’s Work Is Never Done, podkreślającym poprzez tytuł podejście autora do tematu. To komiks mający za zadanie przedstawić połączenie dwóch skrajnie odmiennych światów: przejaskrawionej przemocy i nudnego życia na słonecznych przedmieściach. W tym wszystkim Blood odsłania się jako swoista administratorka: cały czas planuje, i cały czas ocenia swoją działalność, wystawiając oceny swojej pracy tak domowej, jak morderczej.
Ważnym aspektem pierwszego numeru jest zatem wskazanie, że protagonistka szczerze lubi swoje życie rodzinne. Nie jest zdesperowaną gospodynią domową czy kobietą uwięzioną w niechcianym związku przez męża i dzieci. Jej mąż Andrew jest zresztą sympatyczną osobą, dobrą, może nieco nudną, ale też stanowiącą niemal idealne przeciwieństwo nocnej egzystencji Jennifer. Tym samym jej rodzina nie jest czymś wobec czego się buntuje, lecz czymś, co ma jej zapewnić schronienie po dokonywanych w tajemnicy masakrach. Ona sama werbalizuje to w następujący sposób: „Niech dzień będzie dniem, a noc nocą.”
Zgodnie z oczekiwaniami czytelnika, taki podział jest jednak niemożliwy. W niezbyt zaskakujący sposób Ennis pokazuje, że jej brutalna strona powoli wypływa na jej rodzinne życie. Trzyma broń pod domem, podaje dzieciom Valium, żeby nie obudziły się, gdy rusza na łowy oraz – co więcej – zniewaga, którą otrzymuje za dnia sprawia, że nocą rusza w przebraniu Jennifer Blood zabić człowieka, który ją obraził. Jest ona więc – wbrew swoim słowom – niezdolna do odseparowania od siebie dwóch stron swojego życia.
To właśnie zabójstwo przekraczające „noc” i „dzień” jest jednym z najważniejszych wydarzeń komiksu i zarazem najbardziej niepokojącym. Jennifer zabiera samochód do mechanika, a ten zachowuje się obleśnie: dotyka ją bez pozwolenia, nazywa „dobrą dziewczynką”, widać też, że wykorzystuje swoją pozycję, aby nękać i molestować swoją pracownicę. Słowem, jest przykładem męskiego poczucia uprzywilejowania. Jennifer wraca w nocy i go brutalnie morduje.
To oczywiście z jednej strony funkcjonuje jako makabryczna fantazja o odwecie: kobieta nie musi już znosić seksualnego molestowania ani paternalizmu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że kara jest wyjątkowo niewspółmierna do winy. To z kolei dowodzi, że Jennifer nie posiada normalnej skali moralnej. Nie zabija wyłącznie dlatego, że ktoś stanowi śmiertelne zagrożenie, tylko dlatego, że ją upokorzył. Ta scena nie zmienia jej jednak w feministyczną mścicielkę. Jej działalność wydaje się bowiem podyktowana prywatnymi pobudkami, bardziej niż ideologicznymi. Tym bardziej, że – jak niebawem się dowiadujemy – jej krucjata przeciw gangsterom nie jest motywowana chęcią oczyszczenia miasta z przestępców, tylko na tym etapie jeszcze niesprecyzowaną zemstą.
Gdy spotykamy Jennifer nie jest jednak potężną superzabójczynią. Ennis wyraźnie pozycjonuje ją jako kogoś, kto nie jest jeszcze w pełni doświadczony i wciąż nabiera zdolności, np. za słabo przeprowadza rozpoznanie terenu czy nie przewiduje dodatkowej ochrony. Ale widać również, że nie jest zupełnie początkująca, choćby przez fakt, że posiada kolekcję broni i sprawnie z niej korzysta, wie o potrzebie rekonesansu itd. Jej największymi atutami w walce są brutalność, inicjatywa i szczęście. Jest tu oczywiście sporo naginania realizmu, ale świat Ennisa jest w całości wyolbrzymiony i makabrycznie groteskowy, stąd nie wszystkie szczęśliwe – dla Blood przynajmniej – zbiegi okoliczności powodują negatywne odczucia.
Interesującą kwestią jest podejście komiksu – towarzyszące wszystkim sześciu numerom runu Ennisa – do kwestii męskiego spojrzenia. Batista rysuje Jennifer niemal permanentnie jako pin-up: obcisłe skórzane ubranie, głęboki dekolt, ujęcia pośladków, podwiązki i mnóstwo póz eksponujących ciało. Szkice projektowe zamieszczone na końcu numeru są pod tym względem jeszcze bardziej jednoznaczne. Trudno udawać, że jest to przypadek, szczególnie kiedy sam Ennis w załączonym wywiadzie mówi o ochocie na zabawę ze „spluwami, przemocą i pięknymi kobietami”.
Ciekawa jest w tym kontekście scena z napastnikami, osaczającymi protagonistkę przy samochodzie. Blood celowo pozwala im patrzeć na swoje piersi, mówiąc: „Cycuszki. Przyjrzyjcie im się dobrze. Wiecie, że chcecie”. Następnie wykorzystuje ich spojrzenie jako dywersję. To niemal podręcznikowy przykład wykorzystania męskiego spojrzenia przeciwko samym mężczyznom: kobieta wykorzystuje ich własne uprzedmiotowienie przeciwko nim.
Problem – albo sprzeczność – polega na tym, że komiks każe patrzeć czytelnikowi dokładnie tak samo, jak czynią to mężczyźni ze sceny przy samochodzie. Mamy więc równocześnie do czynienia z kobietą kontrolującą męskie pożądanie, ale także erotycznie zorientowany obraz kobiety przygotowany głównie dla heteroseksualnego męskiego odbiorcy.
Najbardziej chwytliwym pomysłem komiksu niewątpliwie pozostaje zatem idea „kury domowej za dnia, Punishera nocą”. Jest ona prosta, ale niewątpliwie intrygująca. Tym bardziej, że Jennifer Blood jest bardzo konsekwentnie pisaną postacią i posiada takie samo podejście zarówno do prac domowych, jak i prowadzenia masowych morderstw.
Jednocześnie wiele poruszonych w komiksie tematów i pomysłów – branie prawa w swoje ręce, zabicie mechanika, odurzanie własnych dzieci, sadystyczna przyjemność Blood czerpana z torturowania i mordowania – proszą się o dodatkowe rozważania i niewygodne pytania. Ennis traktuje je jednak póki co niemal wyłącznie jak mroczne gagi.
Rysunki
Kontrast dwóch żyć Jennifer Blood jest kontynuowany na poziomie kolorystycznym. Jej dom to ciepłe beże, róże i spokojniejsze światło. Nocna Jennifer natomiast zostaje zamknięta w czerni, czerwieni, granacie i pomarańczowych eksplozjach. W scenach walki układ plansz również robi się bardziej poszarpany i diagonalny.
Batista jest znacznie lepszy w rysowaniu groteski niż subtelnych scen czy mimiki. Jego twarze bywają przesadzone, anatomia chwilami sztywna, a choreografia nie zawsze jest czytelna. Za to pokiereszowani gangsterzy, krew, eksplozje i kontrast pięknej Jennifer z ohydnymi mężczyznami wychodzą mu znakomicie. Co samo w sobie jest poniekąd ideologiczne: świat przedstawiony wizualnie ustawia nas po jej stronie. Ona jest piękna, mężczyźni – poza Andrew – są groteskowi.
Bonusowe obserwacje:
- Andrew, mąż Blood, chce pojechać fotografować sokoła wędrownego, którego widział podczas polowania na kaczki. Może to tylko przypadkowy element dialogu, ale wydaje się zbyt precyzyjnie usytuowany, aby takim być. Andrew obserwuje drapieżnego ptaka, podczas gdy pod jego własnym dachem mieszka „drapieżnik”, o którego istnieniu nie ma pojęcia.
- Scena w salonie kosmetycznym, w której Jennifer czyta czasopismo Guns & Ammo i irytuje się dyskusjami o 9 mm, .38 i .45 to nie jest tylko informacja, że kobieta zna się na uzbrojeniu. Jest to odniesienie do świata amerykańskiej kultury broni: dyskusje o sile obalającej, pojemności magazynków, Glockach, Berettach, SIG-ach, Heckler & Kochach itd.


Jennifer Blood
#2: My Heart Will Go On
Tytuł numeru pochodzi ze słynnej piosenki Celine Dion z filmu Titanic. I już pierwsza plansza komiksu potwierdza odniesienie, stanowiąc brutalną parodię obrazu Jamesa Camerona. Na dziobie jachtu znajdują się nadzy otyły mężczyzna i atrakcyjna kobieta. Mężczyzna jednak wyraźnie znęca się nad swoją partnerką. Innymi słowy Ennis tworzy pełną przemocy – fizycznej, seksualnej – parodię klasyki romantycznego kina.
Oprócz przedstawiania morskich makabresek, drugi numer kontynuuje motyw przenikania się „dnia” i „nocy” życia Jennifer. Kobieta korzysta z lornetki męża do przeprowadzenia rekonesansu, zapomina przygotować lunch, a wiadomości telewizyjne o jej masakrze zabierają – choć póki co symbolicznie – przemoc jej autorstwa do jej domu.
Ennis rozwija także inne motywy, jakie wprowadził w pierwszym numerze, co też sprawia, że drugie spotkanie z serią posiada mniej świeżości, ale jest za to pełniej rozwiniętym obrazem bohaterki i świata przedstawionego. Pojawia się tu na przykład tworzenie „przepisów” na masowe morderstwa, pisanych na podobieństwo przepisów kulinarnych. Ten aspekt został wykorzystany w dwójnasób. Po pierwsze jako element charakterystycznego dla Jennifer Blood czarnego humoru. Stereotyp kobiety sprzątającej po mężczyźnie jest rozwinięty do sprzątania ich trupów.
Po drugie rozwija psychologiczny portret tytułowej postaci. Jennifer kontynuuje ocenianie swojej pracy i przydziela sobie punkty na dziesięciostopniowej skali za konkretne zadania. Ale odsłania się przy tym jako osoba niemal pozbawiona moralności. Na przykład, gdy narkotyzuje swoje dzieci, w swoim dzienniku ocenia nie to, czy powinna tak robić albo czy jest to właściwe zachowanie, ale czy podała odpowiednią dawkę, aby się nie obudziły podczas jej nocnej działalności. Tak samo ocenia walkę z przeciwnikami: poprzez skuteczność w zabijaniu, a nie poprzez liczbę zabitych. To tym bardziej odsuwa Blood od możliwości traktowania jej jako pozytywnej postaci.
Myślę, że to jest więc dobre miejsce, aby się zatrzymać na moment i spojrzeć na symbolikę jej pseudonimu. Jennifer Blood nie jest oczywiście prawdziwym imieniem i nazwiskiem postaci, lecz jej aliasem, używanym, gdy w obcisłym stroju i peruce morduje i torturuje swoich przeciwników. Za dnia, podczas beztroskiego życia rodzinnego nazywa się Jen Fellows. Krew jest w tym kontekście prostym sposobem wzbudzania strachu we wrogach, ale też swoistym wyrazem jej własnych przemocy oraz sadyzmu.
Krew wiąże się również z więzami krwi, rodziną. Jennifer ma dwie rodziny. Swoją nową rodzinę, czyli męża Andrew i dwoje dzieci: Alice i Marka. I swoją starą rodzinę, gangsterów, których nazywa wujami. Jej misja polega na zniszczeniu swojej biologicznej rodziny, żeby móc – przynajmniej w teorii – zachować nową. Ale gdyby nie zaatakowała wujów, wtedy jej obecna rodzina nie byłaby w ogóle zagrożona. Sugeruje to zatem, że jej działalność jest motywowana jej własną chęcią zemsty (i mordu) oraz, że kobieta okłamuje samą siebie, co do własnych pobudek.
Jej pseudonim urasta stopniowo do poziomu symbolu, legendy. W drugim numerze protagonistka wykorzystuje krew pokonanych do stworzenia napisu JENNIFER BLOOD. Niczym w klasycznym motywie superbohaterskim – nietoperza Batmana czy czaszki Punishera – ona także tworzy symbol budzący strach w sercach jej przeciwników: napis Blood stworzony z krwi pomordowanych przez nią ludzi.
Drugi numer potwierdza ponadto trudność odczytywania Blood w kontekście feministycznym. Dwie osoby z otwierającej komiks planszy to Steve, gangster na którego poluje Jennifer, i Renee. O Renee nie wiemy za dużo, jedynie że najpewniej żyła w środowisku pełnym przemocy seksualnej. Mężczyźni rozmawiają o niej jak o towarze, poniżają ją seksualnie, pojawia się nawet sugestia dawnego sutenerstwa. Sama Renee mówi, że musiała świadczyć usługi seksualne, żeby przetrwać. Kiedy Jennifer dopada Steve’a, Renee niemal błaga: „nie wiedziałam o tym, nie miałam z tym nic wspólnego”. Nie wiemy, czy kłamie czy nie i Blood też tego nie wie. Ale zupełnie się tym nie przejmuje i pozwala jej zginąć. Dla protagonistki liczy się jej misja oraz jej własne poczucie dumy. Jeśli ktoś ją źle potraktował lub zwyczajnie znalazł się przez przypadek zbyt blisko jej wrogów, kobieta nie ma żadnych skrupułów przed zabiciem takiej osoby niezależnie od płci.
Rysunki
Batista nadal ma tendencję do groteskowych twarzy i momentami dość sztywnej anatomii, ale sceneria morska bardzo mu pomaga. Szczególnie udane są nocne błękity i zielenie skontrastowane z pomarańczowymi światłami jachtu, ujęcia sylwetki Jennifer podczas pływania i infiltracji, duża plansza podwodna, krwawa flaga Jennifer Blood i snajperskie ujęcia z bardzo dalekiej perspektywy.
Dobrze funkcjonuje tutaj także symetria tonu. Początek jest jasny, słoneczny, niemal wakacyjny i seksualny, podczas gdy druga połowa zanurza się w noc, wodę i czerń. Największe wrażenie robi zaś pełnostronicowa plansza Steve’a i Renee pod wodą. Batista robi z ich śmierci niemal romantyczną ilustrację, co domyka motyw parodii Titanica.
Bonusowe obserwacje:
- W jednej ze scen Jennifer rozmawia z mężem o synu. Andrew sugeruje, że Mark jest autystyczny. Pomijając fakt, że Ennis podchodzi do tematu autyzmu stereotypowo i – nazwijmy to delikatnie – amatorsko, scena funkcjonuje jako wyrażenie faktu, że Jennifer nawet w rodzinnym życiu gra rolę i nie jest szczera. Źle myśli o własnym synu, będąc całkiem świadoma, że czyni to z niej złą matkę (Oczywiście jestem okropną matką, że w ogóle tak myślę…). Jennifer jest świadoma społecznych norm, lecz nie potrafi w ich ramach egzystować. Jej rodzinne życie, nieważne jak bardzo się okłamuje, jest jej kolejną maską.
- W numerze zostaje wprowadzony sąsiad Jack, którego protagonistka interpretuje jako zagrożenie. Jest też osobą, która przygląda się Jennifer, kontynuując motyw wszechobecnej obserwacji obecny w dwóch numerach serii.
- Podejście do kwestii męskiego spojrzenia się nie zmienia. Na przykład fabuła mówi nam, że mężczyźni uprzedmiotawiają Renee. Jednocześnie komiks przedstawia ją przede wszystkim poprzez duże piersi, seks i skąpy strój. Czy zatem rzeczywiście krytykuje seksualne uprzedmiotowienie, czy po prostu pozwala złym facetom robić na głos to samo, co sam robi wizualnie? Odpowiedź brzmi: jedno i drugie.


Jennifer Blood
#3: Born to Run
Tytuł numeru odnosi się najpewniej do piosenki Bruce’a Springsteena, opowiadającej o ucieczce, samochodzie, ale też przeciwstawiającej dwie strony życia: dzienną i nocną, jak też podzielone jest życie Jennifer. Ale to nie ona próbuje tu uciekać. Ucieka Nick, czyli trzeci z wujów, na którego poluje protagonistka. Uważa się on za sprytniejszego od innych, bierze samochód i zwiewa bocznymi drogami do Kanady. Ale czy uda mu się przechytrzyć Blood? I czy rodzinny SUV jest lepszy niż sportowy, „męski” samochód*?
Ciekawa jest scena konfrontacji z Jackiem, nowym sąsiadem Jen Fellows. Bez niespodzianki okazuje się on kolejnym zepsutym mężczyzną, mizoginistycznym, chętnym do molestowania chamem. Problem w tym, że podczas sąsiedzkiego spotkania protagonistka nie może po prostu go zabić. Dlatego też czyni odwrotny krok i przechodzi w rolę stereotypowej kobiety, udając strach przed myszą. Ściąga w ten sposób postronne osoby, co powstrzymuje – przynajmniej na chwilę – zapędy Jacka.
Ennis kontynuuje w komiksie motyw obserwacji i wchodzenia w role aby zmylić obserwatorów. Oglądanie ptaków przez Andrew czy gangsterów przez Jennifer to już stabilny punkt serii. Ale dochodzi do tego teraz podglądactwo Jacka. Jest on klasycznym przykładem typu mężczyzny, który ogląda porno, uśmiech kobiet interpretuje jako seksualne zaproszenie i uważa, że powinny go one błagać o seks i dziękować mu jeśli raczy się zgodzić. Jego seksualne i wojerystyczne zapędy prowadzą do prawdziwego naruszenia prywatności Jen Fellows, gdy pewnej nocy zauważa ją w stroju Jennifer Blood.
Ale tak jak poprzednio komiks z jednej strony pokazuje nam obleśnego mężczyznę redukującego protagonistkę do obiektu seksualnego, z drugiej sprzedaje czytelnikowi tę samą perspektywę. Jedna z okładek komiksu dosłownie skupia się na pośladkach Jennifer, ubranej w samą bieliznę i pończochy, z pistoletem między nogami. Ten rozstrzał między promocją komiksu, a jego zawartością staje się czasem groteskowy, szczególnie w numerze trzecim, krytycznie przedstawiającym pornograficzne hobby Jacka.
Inną osobą przeglądającą kobiety, acz tym razem zabójczynie, jest Pete, czyli kolejny z gangsterskich wrogów Jennifer. Zatrudnia do pomocy grupę dziewczyn, funkcjonującą pod nazwą Ninjettes. Są one przedstawione jako atrakcyjne młode kobiety w stylizowanych szkolno-ninjowych kostiumach. Jest to oczywiste fetyszyzowanie wizerunku nastolatek, nawiązujące do popkulturowego obrazu japońskiej uczennicy połączonego z zachodnim stereotypem ninja. W przypadku Ninjettes wyraźnie jednak widać parodystyczny charakter takiej grupy, wyśmiewający – choć zarazem sam wykorzystujący – ich seksualizację.
Numer trzeci popycha także do przodu, i to w dość znaczącym stopniu, główną intrygę, dotyczącą relacji Jennifer z biologiczną rodziną i jej misji zemsty. Nie będę nikomu psuł niespodzianki – choć ten wątek nie jest znowu tak oryginalny – ale wspomnę, że wiąże się ona z możliwością istnienia trzeciej, wcześniejszej tożsamości kobiety. Wątek ten – co także nie będzie wielką niespodzianką – zaczyna pokazywać, że Jennifer i wujowie, na których poluje wcale nie są od siebie tak odmienni.
Jak przystało na Ennisa, komiks posiada też sporo gore. W przypływie pomysłowości Jennifer tworzy kolejną wiadomość dla swoich przeciwników, tym razem nie z pomocą krwi, a jelit. Oprócz stanowienia elementu czarnego humoru, przenikającego świat Jennifer Blood, z każdym podobnym zachowaniem tytułowa postać coraz silniej objawia się jako seryjna morderczyni budująca własną legendę.
Rysunki
W tym numerze rysunki są autorstwa Adriano Batisty i Marcosa Marza, co prawdopodobnie wyjaśnia pewne różnice w twarzach i anatomii. Komiks nadal jednak nie posiada szczególnie subtelnej mimiki i naturalnego przedstawienia postaci, wręcz przeciwnie, są one momentami groteskowo przerysowane.
Ale kompozycyjnie trzeci zeszyt jest całkiem udany. Otwarcie z ogromną czarną sylwetką Jacka górującego nad Jennifer świetnie przekazuje wtargnięcie mężczyzny w jej prywatną przestrzeń. Fantazja zabicia Jacka zostaje zanurzona w czerwieni, jak chwilowe przedarcie się Jennifer Blood przez sukienkę z kwiatowym wzorem Jen Fellows. Scena obserwacji Nicka używa kadrów w kształcie lornetki. Po wypadku Nick i kolejne kadry są odwrócone; jego świat został dosłownie przewrócony. A sekwencja Jacka przechodząca od ekranu z pornografią przez okno z sylwetką Jennifer i w końcu do jej twarzy jest udanym sposobem przekazania jak funkcjonują trybiki w jego mózgu oraz zaburzenia prywatności bez konieczności używania dialogów.
Bonusowe spostrzeżenia:
- Ennis w wywiadzie z 2011 roku powiedział, że jednym ze źródeł pomysłu na komiks był Weeds – serial, w którym gospodyni domowa prowadzi sekretne przestępcze życie – i że chciał podobną konstrukcję zastosować do morderczej Blood.
- Jennifer naprawdę lubi swoją sąsiadkę, Emily. Ale świadomie unika z nią przyjaźni, żeby nie ryzykować swojej morderczej działalności. Jej sekret odbiera jej możliwości zawierania przyjaźni, co ponownie potwierdza, że tożsamość Jen Fellows jest w dużej mierze udawana i wymaga tłumienia, uniemożliwiającego szczere relacje z kimkolwiek.
- W komiksie – poprzez Nicka – pojawia się odniesienie do antysemityzmu, nazizmu i okresu drugiej wojny światowej, sugerujące, że wojenne zaszłości wciąż mają wpływ na współczesny świat, a nawet na rodzinę Blute’ów, na którą poluje Jennifer.
*Tak, jeśli zostanie przerobiony w pojazd bojowy. Wtedy symbol macierzyństwa z przedmieścia z łatwością staranuje męską fantazję motoryzacyjną.


Jennifer Blood
#4: Three Little Girls From School Are We
Tytuł kolejnego zeszytu nawiązuje do Three Little Maids from School Are We z The Mikado Gilberta i Sullivana z 1885 roku, tria śpiewanego przez Yum-Yum, Pitti-Sing i Peep-Bo. The Mikado było zachodnim przedstawieniem fantazji o Japonii. Gilbert użył egzotycznej, wymyślonej Japonii jako satyry na społeczeństwo i instytucje wiktoriańskiej Anglii. Wykorzystane przez niego pseudo-japońskie imiona, kostiumy i wyobrażenia stały się później jednym z klasycznych przykładów orientalizujących stereotypów.
Ennis nawiązuje do tego poprzez grupę Ninjettes, wprowadzoną w poprzednim numerze serii. Jego trio to Kiki, Suki i Taki, noszące seksualizowane szkolne mundurki, maski ninja i mówiące do klientów kuriozalnym „japońskim angielskim”. Ale kiedy są same, rozmawiają normalnie jako Kelly, Chelsea i Skyler. Dziewczyny świadomie odgrywają zachodni stereotyp japoński – wprost nazywając go „stereotypizacją rasową” i „rasistowskim, seksistowskim pieprzeniem” – ponieważ taki wizerunek świetnie się sprzedaje.
Nietrudno zauważyć, że Ennis wyśmiewa tutaj ślepą fascynację japońską popkulturą i fetyszyzowanie jej. Scenarzysta zawiera przy tym całkiem sporo odniesień do The Mikado w prezentacji Ninjettes. W dialogu mówią „yummy, yummy!”, co jest najpewniej nawiązaniem do Yum-Yum. Mówią też o liście ludzi do zabicia, co może być nawiązaniem do Lorda Wielkiego Kata Ko-Ko z The Mikado, który posiadał własną listę ludzi do zgładzenia. Innymi słowy, Ennis pokazuje, że Japonia w zachodnich mediach jest kostiumem marketingowym, a nie przejawem szczerego zainteresowania krajem.
Ninjettes stanowią też poniekąd wariację na temat Jennifer. Także wykorzystują stereotypy kobiece do własnego użytku, posiadają alternatywne seksualizowane alter ega i świadomie manipulują ludźmi wokół siebie.
Ale bardziej niż wariacją na Jennifer, Ninjettes są częścią groteskowego świata komiksu. Pojawia się w nim circuit, sieć łącząca freelancerów zajmujących się zabijaniem z potencjalnymi pracodawcami. Na tym rynku Jennifer funkcjonuje jako niezależny operator. Co ciekawe, i stanowi przykład czarnego humoru Ennisa, dziewczyny decydują się zostać zabójczyniami na zlecenie, ponieważ chcą zdobyć własne pieniądze, zamiast żyć z kieszonkowego rodziców i czekać na fundusze powiernicze. Stanowią zatem trzy uprzywilejowane młode kobiety z bogatych rodzin, zabijające w imię ekonomicznego usamodzielnienia. To może być satyra na kapitalizm, ale też nowoczesną przedsiębiorczość. Język Ninjettes to język młodych ludzi zaczynających start-up. W tym świecie nie liczy się moralność, tylko chwytliwa marka i zarobek. A że bazuje na mordowaniu ludzi? To jest już zupełnie nieważne.
Ale to wciąż nie wszystko, gdyż Ennis zdołał wycisnąć z Ninjettes jeszcze więcej. W starciu z Jennifer Blood ujawniają się inne podejścia do feminizmu. Dziewczyny rozpoznają seksizm popkultury, społeczeństwa itd. i postanawiają go reprodukować, monetyzować i wykorzystywać dla własnych korzyści. Jennifer natomiast uważa, że kobieta wyemancypowana nie potrzebuje pobłażliwości mężczyzn ani seksualnej manipulacji (co jest nieco hipokrytyczne z jej strony), tylko powinna być lepsza w swojej robocie od mężczyzn.
Ale to, co jest tutaj ważniejsze w kontekście prezentacji tytułowej postaci to to, że Ennis coraz bardziej utrudnia odczytanie jej jako feministycznej bohaterki, mszczącej się na patriarchalnym porządku świata. Już wcześniej taka interpretacja była problematyczna – vide śmierć Renee – ale w numerze czwartym Blood świadomie łamie słowo dane innej kobiecie i zabija ją z zimną krwią, gdy ta przestaje być dla niej użyteczna. Jennifer nie jest szczera, nie ma poczucia honoru, nie czuje solidarności z innymi kobietami, dla niej wszystko jest narzędziem w misji eksterminacji każdego, kogo postrzega jako wroga.
Numer czwarty odkrywa też przed czytelnikiem oryginalną – i być może jedyną prawdziwą – tożsamość protagonistki. Ponownie nie będę zdradzał niespodzianki, ale warto nadmienić, że stanowi to ostateczne potwierdzenie, że persona Jen Fellows nigdy nie była w pełni prawdziwa poza uczuciami do dzieci i męża.
Komiks zawiera ponadto nawiązania do powieści Knock on Any Door Willarda Motleya i jej kinowej adaptacji Nicholasa Raya z 1949 roku oraz do Gladiatora, a na koniec oferuje powrót męskiego spojrzenia, czyli Jacka. Paradoksalnie seksualne uprzedmiotowienie staje się tu narzędziem odkrywania prawdy. Ale co jeśli prawda nie przynosi wyzwolenia?
Numer czwarty kontynuuje również motyw fizycznych problemów Jennifer. Bycie matką i żoną za dnia oraz seryjną morderczynią nocą w końcu zaczyna skutkować fizycznym zmęczeniem, problemami z koncentracją, pomyłkami w osądzie sytuacji. Problemy te nie tylko wpływają na jej misję, ale też codzienne życie, jeszcze bardziej pokazując, że jej rozdzielenie dwóch tożsamości jest niemożliwe.
Rysunki
Czwarty zeszyt serii ukazał się po ok. czterech miesiącach przerwy i stanowi mały reset wizualny. Poza tym, w moim odczuciu, stanowi moment, gdy seria jako taka stała się bardziej interesująca. Batista miał cięższą kreskę, jego twarze były groteskowe, anatomia była toporna, ale jego przemoc była efektowna. Marz z tuszem Baala ma czyste kontury, gładkie twarze, nadaje Jennifer elegancji, ale też jeszcze bardziej robi z niej – na poziomie wizualnym – „pin-up girl”. Ale o męskim spojrzeniu było już wcześniej, więc nie będę się zanadto powtarzał.
Można zadać sobie pytanie, czy nowy rysownik jest lepszy? W moim prywatnym odczuciu jest bardziej czytelny, a przy tym szczegółowy, co stanowi dla mnie dużą zaletę. Niestety nie przekłada się to na obrazy przemocy. Batista był bardziej przejaskrawiony, co lepiej współgrało z groteskowym światem kreślonym przez Ennisa.
Bonusowe spostrzeżenia:
- Komiks wyśmiewa broń Ninjettes, jak np. katany. Dziewczyny nie mają absolutnie żadnej szansy w walce z Jennifer, co stanowi krytykę korzystania z broni białej w popkulturze, gdzie wojownik z mieczem nierzadko pokonuje lepiej uzbrojonych przeciwników. To klasyczny przykład demitologizacji popkulturowych motywów, lubianej przez Ennisa.
- Jennifer po raz pierwszy zadaje sobie pytanie, czy narkotyzowanie rodziny jest złe. Ale zaraz tłumaczy sobie, że w porównaniu z torturami, wybebeszaniem, mordowaniem nie jest takie straszne. Z drugiej strony, za dnia, okazuje się często troskliwą matką.
- W numerze dowiadujemy się, że dziadek mafijnej rodziny Blute przekazywał ludzi Niemcom podczas drugiej wojny światowej i w jakimś stopniu brał udział w pogromach. Także współcześnie niektórzy członkowie rodziny przejawiają antysemityzm, a jednym z gangsterów, z którym walczy Jennifer jest Goldhagen. Nazwisko to – biorąc pod uwagę nazistowski i żydowski kontekst – nie jest najpewniej przypadkowe. Daniel Jonah Goldhagen napisał w 1996 roku głośne i bardzo kontrowersyjne Hitler’s Willing Executioners: Ordinary Germans and the Holocaust, poświęcone między innymi kwestii udziału zwykłych Niemców w mordowaniu Żydów i znaczeniu antysemityzmu. Nie mogę być pewny, że Ennis faktycznie się do niego odwołuje, lecz wiele na to wskazuje.


Jennifer Blood
#5: Dogfight
Jimmy – kolejny z wujów – prowadzi walki psów. Innymi słowy zmienia psy w maszyny do zabijania. Blute’owie tymczasem funkcjonują jak brutalna wataha, a nawet sama Jennifer została wytrenowana na maszynę do zabijania, co dopełnia alegorii zawartej w tytule. W przedostatnim numerze pierwszego story arcu i zarazem runa Gartha Ennisa przemoc sięga zenitu.
Razem z przemocą wzrasta też poczucie zmęczenia Jennifer, co powoduje, że jej umysł zaczyna błąkać się po wspomnieniach, pozwalając czytelnikom dowiedzieć się nowych informacji o jej przeszłości. Wśród nich znajduje się wyjaśnienie jej chęci usilnego rozdzielenia dwóch światów: nocnego i dziennego, przemocy i rodziny. W rzeczywistości nie pochodzi od niej, lecz od jej matki. Tym samym protagonistka, mimo że z nią walczy, jest produktem swojej rodziny i w rzeczywistości nie potrafi się uwolnić od jej wpływu. Jest to być może najbardziej ponury – acz kompletnie spodziewany – pomysł komiksu. Działanie Jennifer zaczyna przypominać klasyczny mechanizm powtarzania rodzinnej traumy: człowiek próbuje stworzyć przeciwieństwo dzieciństwa, lecz nieświadomie reprodukuje jego strukturę. Otwiera to też furtkę do tematu międzypokoleniowego dziedziczenia przemocy i rzuca cień na przyszłość własnych dzieci Jennifer.
Piąty numer serii jest też o tyle ciekawy, że Jimmy jest pierwszym z wujów, który walczy z protagonistką psychologicznie. Gdy dochodzi do konfrontacji, Ennis przerabia ją w sesję rodzinnej psychoanalizy prowadzonej przez absolutnego potwora. Ta zaś łączy się z ostatecznym wyjaśnieniem za co i za kogo Jennifer się mści. A im bliżej finału się znajduje, tym bardziej wpada w ślepą furię i przestaje udawać, że mordowanie nie przynosi jej sadystycznej przyjemności. Nawet prowadzenie dziennika zaczyna wydawać jej się niepotrzebną aktywnością. Do tej pory służył jej do porządkowania chaosu: opisywania, oceniania i racjonalizowania własnych działań. Ale gniewy i przemocy starcia z Jimmym nie da się równie łatwo zamienić w raport z wykonanej pracy.
Numer piąty jest najbardziej poruszającym i emocjonalnym z dotychczasowych. Szczególnie podczas retrospekcji przedstawiającej życie matki Jennifer oraz jej wujów, a przede wszystkim wuja Pete’a, którego zostawiła sobie jako ostatni cel. Ennis prezentuje dość skomplikowany obraz życia w mafijnej rodzinie, gdzie nawet ofiary nie są osobami bez skazy. To świat pozbawiony niewinności, a zarazem przestroga, że gdy już wejdzie się na ścieżkę przestępczości nie da się zachować czystości swojego domu.
Dzięki temu Jennifer Blood nie jest już wyłącznie opowieścią o kobiecie mającej dwa życia. To też opowieść o dziedziczeniu przemocy, rodzinnych mechanizmach wyparcia i próbie zbudowania idealnej rodziny przy użyciu dokładnie tych samych narzędzi psychicznych, które zniszczyły poprzednią.
Rysunki
To pierwszy zeszyt rysowany samodzielnie przez Kewbera Baala. Jego styl prezentuje się o wiele lepiej, jest cięższy, posiada głębsze cienie. Jimmy wygląda potężnie i brzydko, psy są naprawdę zwierzęce, a rzeź w retrospekcji potrafi być wizualnie odrażająca.
Dobrze prezentują się przejścia kolorystyczne. Przeszłość jest przez większość czasu desaturowana, niemal archiwalna, podczas gdy obecna zemsta płonie za pomocą pomarańczowych, czerwonych barw.
Bonusowe obserwacje:
- Dziwaczna seksualizacja nadal się utrzymuje. Pojawia się np. panel, przedstawiający uzależnioną, psychicznie zniszczoną, prawdopodobnie seksualnie wykorzystywaną kobietę. A rysunek eksponuje jej nagie ciało w bardzo erotyzujący sposób. Komiks często mówi o przemocy seksualnej, uprzedmiotowieniu i męskiej dominacji, podczas gdy w warstwie wizualnej sam seksualizuje kobiety. W numerze piątym jest to bardziej niekomfortowe niż przy Ninjettes, bo kontekst nie jest już komediowy.
- Jack nadal podgląda Jennifer. Tyle że teraz robi to już profesjonalnie.


Jennifer Blood
#6: Just to Watch Him Die
Cytat, stanowiący tytuł finalnego numeru historii pisanej przez Gartha Ennisa pochodzi z Folsom Prison Blues Johnny’ego Casha. Morderca z piosenki przyznaje, że zabił człowieka tylko po to, żeby zobaczyć, jak umiera. Jennifer Blood natomiast przedłuża umieranie swojej ofiary, aby ta nie zginęła zbyt szybko. Wcześniej musi bowiem usłyszeć autobiografię protagonistki.
Duża część tego zeszytu stanowi odwrócenie spowiedzi na łożu śmierci. Zwyczajowo umierający człowiek spowiada się przed zgonem, tutaj Jennifer snuje opowieść o własnej przeszłości, szkoleniu, wejściu na drogę zabijania, poznaniu męża i utworzeniu rodziny jako Jennifer Fellows umierającej osobie. Z jednej strony stanowi to uzupełnienie luk w jej przeszłości dla czytelnika, z drugiej zaś uzupełnia portret protagonistki, która nie odcięła się – wbrew temu, co może myśleć – od swojej biologicznej rodziny. Wciąż chce się pochwalić przed jej ostatnim żyjącym członkiem swoimi dokonaniami, nawet jeśli planuje go później zabić.
Ennis pokazuje mafijną familię jako swoiste, społeczne wampiry wysysające symboliczną krew ze społeczeństwa. Jego metafora jest dość toporna – dosłownie umieszcza genezę Blute’ów na pograniczu węgiersko-rumuńskim – ale skuteczna. Na dodatek wiążąca się z ogólnym motywem krwi, obecnym choćby w tytule serii. Wzmacnia w ten sposób poczucie wagi i siły więzów krwi, które komiks stopniowo coraz silniej pokazywał. Fakt, że Jennifer robi to, co robi nie jest więc świadectwem jej odseparowania się od biologicznej rodziny, tylko wręcz przeciwnie, przez cały czas im bardziej chciała się od niej uwolnić, tym bardziej się do niej upodabniała.
To też dopełnia jej obrazu jako osoby o skrajnie zaburzonej moralności, wzmocnionego przez niektóre z wydarzeń z retrospekcji. W ich kontekście zemsta, jakiej się podjęła jawi się nie tyle jako prawdziwa przyczyna rozpoczęcia przez nią zabijania, ile akceptowalne usprawiedliwienie chęci mordu. Jennifer Blood w istocie zwyczajnie lubi mordować i torturować, co oznacza, że seria może z łatwością trwać nawet po zabiciu wujów. To, w jaki sposób Jennifer wytłumaczy sobie kolejne morderstwa wydaje się ciekawą kwestią, motywującą do sięgnięcia po kolejne zeszyty.
Ennis dekonstruuje także inną rzecz. Nie przedstawia klasycznej eskalacji zagrożenia; Jennifer nie stawia czoła coraz groźniejszym przeciwnikom w ramach sześciu numerów. Wręcz przeciwnie, jedyna eskalacja – może poza eskalacją przemocy – dotyczy jej zdolności zabijania. W ostatnim numerze jest już tak dobra w tym, co robi, że rozprawia się z przeciwnikami najłatwiej spośród wszystkich zeszytów. Jest to nieco rozczarowujące, gdyż brak jakiegokolwiek trzymającego w napięciu pojedynku, lecz stanowi przyjemne odwrócenie stereotypów komiksów czy kina akcji.
Numer ten dochodzi też do parodystyczno-brutalnego finału wątku Jacka, który praktycznie nagi od pasa w dół, z włochatym tyłkiem i genitaliami na wierzchu atakuje Jennifer z zamiarem gwałtu, najwyraźniej interpretując jej nocne przebranie za fetyszystyczne. Innymi słowy, mężczyzna, który uprzedmiotawiał i seksualizował kobiety zostaje wystawiony na wyśmianie, jest pokazany jako karykatura i upokorzony. Jego mizoginia czyni go przewidywalnym i niezwykle łatwym do zniszczenia.
Ale jak przystało na komiks pełen dwuznaczności, także i rozprawienie się z nim zdradza moralną ambiwalencję świata. Z jednej strony Jennifer wie, że Jack ma dziecko i żonę – i ogólnie jego małżeństwo wcale nie jest nieszczęśliwe – więc nie chce go po prostu zabić. Z drugiej nie waha się przed zniszczeniem mu życia w sposób tak kompletny, że niechybnie wpłynie na jego rodzinę w sposób traumatyczny i publiczny. Protagonistka nawet jeśli jest zdolna do odczuwania miłosierdzia czy empatii, potrafi je odsuwać na bok jeśli kolidują z jej celami. Niezależnie więc, czy jako Jennifer Blood czy jako Jen Fellows, pozostaje osobą, która jest skorą do ekstremalnej przemocy i chętnie racjonalizującą nawet swoje najgorsze uczynki.
Komiks w rzeczywistości ma niewiele pozytywnych postaci, ale jeśli się jakieś pojawiają, to są zwyczajnymi ludźmi. Ludźmi, jak Andrew Fellows, nudny pan z przedmieścia, zajmujący się księgowością i obserwowaniem ptaków. Jest szczery, dobry i wnosi coś pozytywnego do społeczeństwa. Nie potrzebuje też przemocy czy mizoginii, aby być stuprocentowym mężczyzną, co można rozumieć jako przytyk wobec stereotypowej, agresywnej, seksualnie dominującej męskości, istniejącej w celu zasłonięcia emocjonalnego i intelektualnego wybrakowania.
Czy jednak wystarczy to do przeżycia z kobietą, której podział na „noc” i „dzień” przestał obowiązywać? Na to pytanie odpowiedzą już przyszli scenarzyści serii.
Rysunki
Wizualnie Baal świetnie wykorzystuje Pete’a jako nieruchomy punkt numeru. Często jest odwrócony, leżący, kadrowany z góry i zmniejszony względem stojącej Jennifer. Nawet plansza tytułowa pokazuje jego twarz do góry nogami podczas zastrzyku, wskazując, że kontrola została całkowicie odwrócona. Kiedyś to rodzina kontrolowała życie Jennifer, teraz nie kontroluje nawet momentu własnej śmierci.
Świetna jest też czerwona plansza „rodzinnego portretu”, gdy Jennifer stoi pośrodku w czerni, a wokół niej pojawiają się martwi Blute’owie. To rodzinny portret wykonany z trupów, potwierdzający, że choć fizycznie usunęła rodzinę, to psychicznie nosi ją ze sobą.
Podsumowanie
Komiks posiada sporo niezaprzeczalnych zalet, ale też z pewnością nie trafi do wszystkich czytelników. Ennis ekstremalnie przejaskrawia świat przedstawiony. Jest on pełen sadystów, gangsterów, seksualnych drapieżników, antysemitów, płatnych zabójców, handlarzy ludźmi, walk psów, skorumpowanych figur prawa itd. Zwyczajni ludzie stanowią tu margines. Sprawia to, że przez sześć numerów taplamy się w moralnym błocie, przejaskrawionym, groteskowym, często niesmacznym. Tutaj traumatyczne dzieciństwo czy molestowanie seksualne czasem stają się ledwie wstępem do kolejnych krwawych czy erotycznie naładowanych scen, a naszym przewodnikiem po nich jest psychopatka, sądząca, że jej działalność jest usprawiedliwiona i której komiks każe nam kibicować. Osobiście nie mogę powiedzieć, że polubiłem ją w choćby najmniejszym stopniu, co wpłynęło na moją ogólną niechęć wobec serii. Ale nawet ja muszę przyznać, że istnieje w niej sporo zalet i intrygujących pomysłów.
Mamy tu bowiem konsekwentną konstrukcję dotyczącą dziedziczenia przemocy, udawania, męskiego spojrzenia, płciowych ról, a nawet pracy opiekuńczej czy podziałów klasowych. Z drugiej strony nie brak tu takich scen jak rzyganie krwią, wykorzystania jelit jako napisu; nie unikniemy także idiotycznych seksualnych drapieżników, mnóstwa infantylnego gore i nadmiernej seksualizacji kobiecych postaci. Jako osobie lubiącej horrory i niskobudżetowe kino akcji nadmierna przemoc świata mi nie przeszkadzała. Miejscami przeszkadzał mi natomiast sposób, w jaki Ennis ją wykorzystywał – zwłaszcza wtedy, gdy groteska i szok zaczynały dominować nad bohaterami albo poważniejszymi tematami, które komiks sam wcześniej wprowadził.
Jakbym ocenił te pierwsze sześć numerów? Pewnie zatrzymałbym się na 6/10. Ale absolutnie rozumiem wyższe oceny.


Autor “Panoramy kina z Hongkongu i Tajwanu”, miłośnik kina azjatyckiego, kina akcji i kosmicznych wojaży na statku gwiezdnym Enterprise. Kiedyś studiował filologię polską, a potem został obywatelem NSK Państwa w Czasie. Publikował w Kinomisji, Ekranach, Kulturze Liberalnej, Torii, Dwutygodniku Kulturalnym i innych.

