Film obejrzałem dzień po śmierci Yoshihiro Nishimury, co sprawiło, że Holy Mother trudno było oglądać wyłącznie jako kolejny tani, dziwaczny, a dla niektórych zapewne także obleśny splatter. Japoński twórca przez lata pozostawał jednym z najbardziej rozpoznawalnych autorów ekstremalnego kina gore, człowiekiem odpowiedzialnym za efekty specjalne, charakteryzację i reżyserię produkcji, w których ciało zawsze spotykało się z mniej lub bardziej groteskowymi metamorfozami, związanymi zarówno z ekstremalnymi i krwawymi ranami, jak i przekształceniami w kuriozalną broń. Ciało to było zatem czasem przedmiotem żartu, czasem pożądania, czasem grozy. Mogło być też narzędziem zemsty, a nawet politycznym manifestem. Tokyo Gore Police pozostaje jednym z najważniejszych i najlepszych przykładów wyobraźni Nishimury: niesmacznej, punkowej, przesadzonej, a mimo to konsekwentnej. Holy Mother próbuje wrócić do podobnego obszaru, ale pokazuje też ograniczenia późnego etapu kariery Japończyka.
Film opowiada o Marii (Anna Nagasaki), transpłciowej kobiecie, pojawiającej się w świecie, gdzie coraz większą władzę zdobywa rasistowska, sadystyczna organizacja, próbująca przejmować kontrolę nad Japonią, usuwać niepożądanych ludzi i podporządkowywać przestrzeń własnemu porządkowi. Wokół niej krążą yakuza, mordercy, groteskowe kreatury, religijne aluzje, antydyskryminacyjny przekaz i zwyczajowe dla Nishimury fontanny krwi. Punkt wyjścia jest więc bardzo obiecujący. Reżyser buduje Marię jako figurę świętą i obsceniczną zarazem: matkę, wojowniczkę, mścicielkę, obrończynię wykluczonych i ciało, którego nie da się łatwo wpisać w system społecznej normalizacji.
To właśnie Maria jest największym sukcesem filmu. Nishimura nie umieszcza jej po stronie potworów polujących na słabszych, ale po stronie biednych, odrzuconych i prześladowanych. Jej transpłciowość nie jest tu problemem do rozwiązania ani tanim zwrotem akcji, lecz częścią jej cielesnej i społecznej odmienności. Film pozostaje oczywiście kinem eksploatacji, więc nie opowiada o niej subtelnie. Przeciwnie: pokazuje ją jako postać atrakcyjną, erotyczną, dziwną, brutalną i nadludzko silną. Skąpe stroje, skonfundowani mężczyźni w łaźni czy wyrwanie penisa nagabującego ją mężczyzny nie ukrywają, że kamera chce wydobyć z Anny Nagasaki magnetyzm i fizyczną atrakcyjność, a przy tym pozostać w świecie przesady, czarnego humoru i przemocy. Wbrew pozorom jest to jedna z bardziej udanych decyzji filmu. Maria nie zostaje sprowadzona wyłącznie do groteskowej osobliwości, lecz wciąż pozostaje pociągająca, niebezpieczna, opiekuńcza i świętokradcza jednocześnie.
W najlepszych momentach Holy Mother działa właśnie jako brudna, splatterowa przypowieść o ciałach, których system nie potrafi sklasyfikować, więc próbuje je wymazać. Rasistowska, propagująca skrajną klasowość organizacja chce oczyścić kraj i usunąć osoby uznawane za niepasujące do jej wizji świata. Maria jest odwrotnością takiego porządku: nadmiarem, nieczystością, cudem i zagrożeniem. Nishimura nie tworzy przy tym eleganckiego kina queerowego, lecz krzykliwy i niemalże prostacki hymn na cześć osób, które istnieją poza normą. W tym sensie Holy Mother jest filmem pro-trans, nawet jeśli robi to w sposób całkowicie nishimurowski: przez krew, mutacje, groteskę, fetyszyzację i wizualną przesadę.
Problem polega na tym, że produkcja natychmiast przestaje działać, gdy traci Marię z oczu. W połowie seansu bohaterka zostaje osłabiona i odsunięta na bok, a jej miejsce zajmuje parada przypadkowych postaci, długich dialogów, wymuszonych scen i kuriozalnych pomysłów o bardzo nierównym poziomie. Nishimura zawsze był twórcą chaotycznym, ale w jego najlepszych filmach chaos posiadał wyraźny rytm. W Tokyo Gore Police albo Helldriverze kolejne pomysły mogły wydawać się absurdalne, lecz zwykle wynikały z energii świata przedstawionego. W Holy Mother coraz częściej sprawiają wrażenie przypadkowo dobieranych dodatków, którymi reżyser próbuje wypełnić pustkę po utraconym centrum filmu.
Nie pomaga też fakt, że splatter nie ma już takiej siły jak w najlepszym okresie twórczości Nishimury. Efekty praktyczne nadal bywają pomysłowe, a część projektów potworów ma znajomy, komiksowy urok, ale wykonanie często wygląda taniej i mniej przekonująco niż dawniej. Reżyser kryje ograniczenia budżetu zbliżeniami, szybkim montażem i chaotycznym kadrowaniem, jednak rezultatem nie jest większa intensywność, lecz dezorientacja. Gore powinno być u Nishimury materialne, mokre, agresywne i radosne w swojej przesadzie. Tutaj zbyt często wydaje się mniejsze, słabsze i bardziej nerwowo ukrywane przed widzem.
Jeszcze gorzej wypadają sceny akcji. Nishimura nigdy nie był reżyserem walk w klasycznym sensie, ale jego wcześniejsze filmy potrafiły lepiej wykorzystywać ruch, przestrzeń i groteskową cielesność. Tokyo Gore Police, Helldriver, The Ninja War of Torakage, a nawet Tokyo Dragon Chef miały pod tym względem zdecydowanie więcej energii i choreograficznego pomyślunku. W Holy Mother choreografia schodzi na dalszy plan, a film zachowuje się tak, jakby sama obecność dziwnych efektów, krwi i mutacji miała wystarczyć za scenę akcji. Niestety, nie wystarcza. Gdy Maria walczy, obraz powinien stawać się przedłużeniem jej fizycznej mocy. Zbyt często staje się jednak serią nieczytelnych zbliżeń i gestów.












Nishimura odwołuje się przy tym do całej tradycji japońskiego i międzynarodowego kina transgresji i punkowej przemocy. Film wprost cytuje lub wymienia Audition, Ichi the Killer, Burst City, Crazy Thunder Road, The Terminator czy Mad Max. To nie są przypadkowe tytuły. Tworzą mapę wyobraźni, z której wyrasta Holy Mother: kino okaleczonego pożądania, miejskiego rozpadu, kontrkulturowego buntu, motoryzacyjnego chaosu i ciał poddanych ekstremalnym przemianom. Jednocześnie wiele pomysłów na potwory i deformacje wyraźnie przypomina wcześniejsze filmy samego Nishimury, zwłaszcza Tokyo Gore Police. Dla widza znającego jego filmografię nie jest to jednak zaleta, lecz raczej powtórka z rozrywki, sugerująca, że Japończykowi zaczynało brakować pomysłów i pieniędzy na nowe projekty.
Najbardziej interesujące jest więc to, że Holy Mother bywa tematycznie ciekawsze niż formalnie skuteczne. Film ma serce po stronie właściwych osób: wykluczonych, biednych, prześladowanych, niedopasowanych. Jego antydyskryminacyjny ton jest wyraźny, choć podany w formie krwawej farsy. Maria nie jest żartem kosztem osób transpłciowych, ale splatterową świętą odrzuconych. Jeżeli film pozostawia cień wątpliwości, czy przynosi ona zbawienie, czy zarazę, to raczej dlatego, że Nishimura myśli kategoriami apokaliptycznych, cielesnych mitów, a nie dlatego, że chce ją potępić.
Szkoda tylko, że ten rdzeń zostaje obudowany tak nierównym filmem. Fabularnie Holy Mother jest słabsze od wielu wcześniejszych, a przy tym niewiele mniej chaotycznych produkcji Nishimury. Gdy bohaterka znika z centrum narracji, tempo siada, dialogi zaczynają się dłużyć, a kolejne epizody wyglądają jak luźno połączone żarty i popisy charakteryzatorskie. Kolejne sceny przejaskrawionej przemocy zamiast budzić na twarzy widza uśmiech radości, budzą raczej uśmiech politowania. Późniejszy powrót bohaterki do sił ma charakter deus ex machina, a rozprawienie się z finalnym przeciwnikiem wypada zaskakująco antyklimatycznie. Film przygotowuje widza na wybuch szalonej energii, po czym rozwiązuje konflikt w sposób zbyt prosty i zbyt mało satysfakcjonujący.
Dlatego Holy Mother jest filmem, który łatwo polubić, ale trudno naprawdę wysoko ocenić. Jest w nim sporo tego, za co można cenić Nishimurę: bezwstyd, groteska, politycznie niechlujna empatia, dziwaczne ciała, religijno-splatterowa symbolika i punkowa niechęć do normalności. Jest też Anna Nagasaki, której obecność nadaje całości centrum, atrakcyjność i emocjonalny ciężar. Jednocześnie jest to film tańszy, słabszy formalnie, mniej zaskakujący i bardziej zmęczony niż najlepsze dzieła reżysera.
Ostatecznie Holy Mother można potraktować jako późny, nierówny przypis do twórczości Yoshihiro Nishimury. Nie jest to powrót do formy, lecz raczej film pokazujący, że jego wyobraźnia nadal potrafiła generować interesujące figury, nawet jeśli coraz trudniej było jej utrzymać rytm, narrację i czysto filmową energię. To produkcja chaotyczna, miejscami irytująca, tania, ale niepozbawiona serca. A w przypadku Nishimury serce zawsze biło wśród krwi, odpadków, mutacji i ludzi, których cywilizowany świat wolałby nie oglądać.

Holy Mother
Hōrī Mazā
Reżyseria, scenariusz i montaż: Yoshihiro Nishimura
Zdjęcia: Keizo Suzuki, Shin’ya Kaizu
Muzyka: Kō Nakagawa
Obsada: Anna Nagasaki, Eihi Shiina, Yudai Uenishi, Masanori Mimoto, Natsumi Tadano, Akihiko Sai i inni.

Autor “Panoramy kina z Hongkongu i Tajwanu”, miłośnik kina azjatyckiego, kina akcji i kosmicznych wojaży na statku gwiezdnym Enterprise. Kiedyś studiował filologię polską, a potem został obywatelem NSK Państwa w Czasie. Publikował w Kinomisji, Ekranach, Kulturze Liberalnej, Torii, Dwutygodniku Kulturalnym i innych.

